Ten artykuł został napisany bardzo dawno temu. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że od tego czasu autor zmienił swoje poglądy!

Informatyka Europejczyka - czego uczy nas podręcznik do szkoły średniej?

Miałem okazję ostatnio przyjrzeć się jednej książce, z której w liceum lub technikum mieliby się uczyć przyszli "prości użytkownicy komputera" (i nie mam tutaj bynajmniej na myśli niczego złego, każdy z nas czasem jest prostym użytkownikiem -- ja dla przykładu zawsze będę prostym użytkownikiem samochodu, ponieważ nie mam zielonego pojęcia w jaki sposób zbudowany jest silnik). Muszę przyznać, że jestem przerażony tym, co można z takiej pozycji wyczytać. Wiem co prawda, że egzemplarz, który mi wpadł w ręce jest z roku 2012,kiedy to jeszcze nie wiedzieliśmy o skali masowej inwigilacji w Internecie prowadzonej przez organy rządowe wielu państw, jednak już wtedy było wiadomo jak duża jest skala szpiegowania przez prywatne firmy(jako ilustracja może posłużyć ten artykuł z 2007 roku).

Żeby była pełna jasność, podam jeszcze raz informacje bibliograficzne "recenzowanej" książki :

 Autor: Jarosław Skłodowski
 Informatyka Europejczyka. Zakres podstawowy.
 Podręcznik do szkół ponadgimnazjalnych. Rok wydania: 2012
 Wydawca: Helion

Dobór treści

Myślę, że większość podręczników w dzisiejszych czasach najbardziej traci właśnie już na stracie przy samym doborze materiału, który chce przedstawić uczniom. A już nic mnie bardziej nie denerwuje niż to, że serwuje się w książce, która ma być wstępem do dalszych poszukiwań tylko jeden punkt widzenia – a mianowicie zamykanie młodych ludzi w siatce korporacyjnego oprogramowania. Pozwolę sobie zacytować kilka zdań ze wstępu:

Podręcznik ten powstał z myślą o (...) uczniach polskich szkół, mających przyjemność korzystania na lekcjach informatyki z komputerów z oprogramowaniem Windows 7.

To znaczy, że jeśli ktoś nie korzysta z oprogramowania M\$ to niczego nie dowie się z tej książki.

Nie przyzwyczajaj się do konkretnych programów i ich "guziczkologii". Porównuj różne aplikacje tego samego typu i dostępne w nich funkcje.

Nie miałbym się do czego przyczepić, gdyby nie fakt, że książka nie świeci w tym wypadku przykładem i nie porównuje różnych dostępnych opcji.

Płyta dołączona do podręcznika stanowi jego integralną część i zawiera obszerne rozszerzenie treści zawartych w książce (...) na płycie znajdziesz także to, czego nie udało się zmieścić w podręczniku.

Niesamowicie denerwuje mnie to ostatnie stwierdzenie. W podręczniku zawsze można zmieścić wszystko to, co jest ważne. Wystarczy chcieć i na przykład nie dodawać bezsensownych ciekawostek czy też zabierać miejsce na tekst, który się tam znajdować nie powinien ( znów chodzi mi tu o dobór treści) , czy też ilustracje, które nie ilustrują zupełnie nic. Dla przykładu (pomińmy treść merytoryczną, bo pewnie i z nią można by dyskutować)

(...) odrębną gałęzią informatyki jest technologia informacyjna, inaczej teleinformatyka (...) stanowi swego rodzaju połączenie informatyki i telekomunikacji (rysunek 1.3)

Poniżej moje przybliżone odtworzenie rysunku 1.3 za pomocą znaków ASCII.

    +-------------+          +-------------+
    | informatyka |          | komunikacja |
    +-------------+          +-------------+
                \             /
          +--------------------------+
          | technologia informacyjna |
          +--------------------------+

Takie "obrazowe" ilustracje nie są niczym niespotykanym w dzisiejszych podręcznikach, a w książkach z przed 20-30 lat są nie do pomyślenia. W dzisiejszych czasach książki, z których korzysta się w szkołach cierpią na wielki problem związany z przerostem formy nad treścią. Dodatkowo informacje, które faktycznie powinny się tam znaleźć i o których powinniśmy rozmawiać na lekcjach informatyki, bo nie służą jedynie temu, żeby ten przedmiot sprowadzić do kursu obsługi programów biurowych, trafiają do ramki z "Ciekawostkami".

Przykład, który znajdujemy w okolicach paragrafu zatytułowanego "Jakie są konsekwencje łatwego dostępu do informacji":

Administracja USA pracuje nad nowymi regulacjami prawnymi umożliwiającymi służbom rządowym kontrolę użytkowników sieci. Politycy żądają, aby wszystkie serwisy internetowe, które pozwalają na komunikowanie się -- w tym portale takie jak Facebook oraz komunikatory typu Skype -- tak zmodyfikowały swoje oprogramowanie, by służby miały dostęp do danych o ich użytkownikach. Nowe prawo ma też umożliwić szybkie przechwytywanie i rozszyfrowywanie na przykładu zakodowanych e-maili.

W treści paragrafu nie można znaleźć nawet jednego odniesienia do tej "ciekawostki", o której jak wiemy z tego co opublikował Snowden można powiedzieć tyle, że jest przestarzała, bo już w 2012 roku to, o czym jest tam napisane, miało miejsce od dobrych kilku lat. I nie trzeba było do tego "nowego prawa", to które weszło w życie w imię walki z terroryzmem zupełnie wystarczyło do takiej inwigilacji. W ćwiczeniach do rozdziału znajduje się propozycja przeprowadzenia na zajęciach debaty na temat, cytuję, "cenzury Internetu" (rozumiem, że odnosi się to do ciekawostki). Z własnego doświadczenia jako ucznia wiem, że ta forma zajęć się zwyczajnie nie sprawdza. Sztuczne dzielenie ludzi na grupy "za" i "przeciw" jedynie przekłada się na to, że uczniowie mają w nosie podany temat. Gdyby udało się przeprowadzić dyskusję w tej kwestii w klasie, to w moim odczuciu miałoby to dużo większą wartość. Szczególnie, gdy nauczyciel umiałby ją przeprowadzić w taki sposób, żeby dotrzeć do uczniów i dotknąć wszystkich ważnych problemów.

Pierwsze "spotkanie", bo tak tutaj nazywają się rozdziały, miało dotyczyć informacji. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to pojęcie zarezerwowane dla informatyki, ale jednak myślę, że można by je raczej przedstawić z takiej perspektywy na lekcjach, a o innych znaczeniach tylko wspomnieć. Bardzo podobał mi się dobór materiału na studiach na Wstępie do Informatyki, gdzie również omawialiśmy podobne zagadnienia. Czytając tę książkę trudno mi nie pomyśleć, że ten rozdział to tylko zapychacz, gdzie przedstawiono jakieś piramidy zdobywania wiedzy i inne mało istotne i nieścisłe treści niezwiązane z informatyką na tyle by zajmowały aż tyle miejsca w podręczniku. Jest tutaj jakiś ogólny wstęp, ale wiele pojęć, które są trudniejsze, chyba pozostawia się niezdefiniowanymi (np. heurystyka), po to żeby każdy mógł sobie poszukać informacji na ich temat w Internecie, a jest to temat następnego "spotkania".

"Jak sprytnie 'guglać'" -- czyli korporacyjna nowomowa

Cały rozdział traktuje o tym jak wyszukiwać informacje w sieci. Jest to taki kurs umiejętnego korzystania z wyszukiwarki Google. Mnie się wydaje, że to są materiały, które powinny trafić na płytę przy poprzednim rozdziale o informacji. Owszem, wypada o tym wspomnieć, że można dodać pewne ograniczenia do zapytań i np. otrzymać wyniki dotyczące odpowiedniego okresu w historii, ale czy nie jest ważniejsze, żeby wspomnieć o tym, że od dawna różne osoby przy wpisaniu tego samego zapytania do Google otrzymają różne wyniki? I porozmawiać na temat tego jak bardzo jest to niekorzystne w dzisiejszych czasach, bo ludzie o odmiennych poglądach zamykają się we "własnym świecie", w którym wszyscy myślą tak samo. I nie jest tak, że Google jako jedyny wprowadza personalized searches, bo to samo jest z tym co pojawia się w strumieniach aktywności znajomych na portalach społecznościowych, gdzie jest większa szansa na to, by zobaczyć wpis znajomego o podobnych poglądach. Zaczyna brakować miejsca na dyskusję w Internecie, chyba warto porozmawiać o tym na lekcjach informatyki.

Algorytmika po łebkach i informacje na temat dyskutowania

Następny rozdział "Rozwiązywanie problemów" rozpoczyna opis tego czym jest algorytmika, ale w mojej ocenie nie robi tego zbyt przekonująco. Dodatkowo muszę przyznać, że z tego co rozumiem więcej w tym rozdziale szeroko pojętej humanistyki niż nauk ścisłych, do których informatyka się przecież zalicza. Spójrzmy na przykład na ten fragment:

Pierwsze algorytmy obmyślała ponad 100 lat temu córka lorda Byrona -- Ada.

Nie chcę tutaj wychodzić na osobę bardzo czepliwą, ale to jest poważny błąd merytoryczny! Pierwsze algorytmy opisywał przecież al-Chuwarizmi! Nie dość, że wymyślił algebrę to jeszcze opisał pierwsze sposoby rozwiązywania równań liniowych i kwadratowych, które algorytmami przecież są. Notabene, to właśnie od jego nazwiska w wersji zlatynizowanej pochodzi samo słowo algorytm. Wcześniej od Ady był też Euklides ze swoim algorytmem wyznaczania największego wspólnego dzielnika.

Napotkane sytuacje problemowe możemy próbować zaklasyfikować pod względem liczby rozwiązań:

  • konwergencyjne -- mają jedno rozwiązanie
  • dywergencyjne -- mają więcej niż jedno rozwiązanie

Trudno było mi się odnieść do tego fragmentu, ponieważ nigdy się z tą klasyfikacją nie spotkałem w kontekście informatycznym. Owszem są na przykład funkcje, które są zbieżne (konwergencja - zbieżność), ale nie widziałem nigdy tego słowa użytego w taki sposób. Z pomocą przyszedł Internet, który podpowiedział, że są to podziały z psychologii i kognitywistyki. Zero powiązania z algorytmiką.

Następnie mamy dość sporo informacji na temat rozwiązywania problemów, ale znów mam wrażenie jakbym czytał książkę do psychologii. Nie są to metody informatyczne, tego jestem pewien. Nie twierdzę, że umiejętność prowadzenia dyskusji oraz omawiania problemów za pomocą burzy mózgów nie jest potrzebna. Nie jest to jednak w żaden sposób związane z algorytmicznym rozwiązywaniem problemów.

Korespondencja internetowa

Jest to standardowy tekst opisujący możliwości poczty internetowej. Brakuje jednak kilku istotnych informacji. Wydaje mi się, że przydałoby się opowiedzieć nieco więcej na tematy związane z netykietą (oraz poprawnością językową) i wyraźnie poświęcić im osobny akapit. Dodatkowo wybitnie razi mnie polecanie korzystania z takiej czy innej konkretnej usługi. W tym wypadku z maila oferowanego przez Google.

Myślę, że szczególny nacisk powinno się też położyć na czytanie warunków użytkowania danej usługi internetowej. Weźmy sobie za przykład politykę prywatności w Gmailu zachwalanym przez podręcznik :

Nasze automatyczne systemy analizują treść (w tym wiadomości e-mail) w celu oferowania spersonalizowanych funkcji usług, takich jak wyniki wyszukiwania, reklamy indywidualne i wykrywanie spamu oraz złośliwego oprogramowania.

To jest kolejny temat do dyskusji związaną ze świadomym dobieraniem usług, ponieważ w innym miejscu w polityce prywatności firmy z Mountain View można znaleźć takie stwierdzenia:

(...) prosimy o podanie danych osobowych, takich jak imię i nazwisko, adres e-mail, numer telefonu czy numer karty kredytowej. Będziemy je przechowywać z danymi konta. Jeśli użytkownik chce w pełni wykorzystać oferowane przez nas funkcje udostępniania treści, jest również proszony o utworzenie publicznego profilu Google zawierającego m.in. jego imię i nazwisko oraz zdjęcie

Trzeba się zastanowić czy chcemy jakiejś zagranicznej firmie możliwość rozpoznawania nas na każdym kroku. Dość istotne jest to, że nie jest to firma, która działa według jurysdykcji europejskiej. Trzeba mieć na uwadze fakt, że w USA nie ma takiego systemu ochrony danych osobowych jaki istnieje w krajach Europy (po więcej informacji odsyłam do książki "Internet. Czas się bać" W. Orlińskiego). Dodatkowo wypadałoby pewnie wspomnieć o tym, że komunikacja za pośrednictwem poczty elektronicznej nie polega na przesyłaniu listów tj. wiadomości zabezpieczonych w tradycyjnej poczcie przez kopertę tylko, idąc tym torem, co najwyżej pocztówek, których treść jest dostępna dla każdego w czasie przesyłania wiadomości.

Brak informacji na temat możliwości kryptograficznych jakie są dostępne dla każdego (pakiet GnuPG implementujący OpenPGP dla przykładu) to chyba jedna z poważniejszych wad tej książki.

Podsumowanie

Nie będę się już dłużej rozwodził nad treścią tej książki, bo wiele z tematów to zwykły kurs obsługi komputera. Martwi mnie też niestety fakt, że brakuje w tej w niej prawdziwej bibliografii opartej o inne książki, najlepiej podręczniki akademickie(czy tę stronę można uznać za bibliografię?), no i oczywiście odniesień do nich w odpowiednich miejscach. W wielu miejscach brakowało mi możliwości dodania, jak w Wikipedii, znacznika [citation needed]. Nie wiem czy w wydaniu drugim coś się zmieniło w stosunku do tego co ja miałem okazję przeczytać. Mam oczywiście nadzieję, że tak jest, ale sam przeszedłem przez liceum i, niestety dopiero od niedawna, zdaję sobie sprawę z tego jak słabej jakości są teraz podręczniki na rynku. Cieszyć może mnie może fakt, że nie znam jeszcze żadnego nauczyciela informatyki, który by wymagał kupowania książki do informatyki (nikt w moim otoczeniu w liceum nie był do tego zmuszany), bo w mojej ocenie byłaby to strata pieniędzy. Zostawiam ten link do notki o autorze do własnego przemyślenia.

Dodatkowo w sprawie podręczników w ogóle -- wszędzie widać tylko opisy mówiące o ładnym układzie strony i pięknych grafikach, brakuje jednak informacji o tym czy treść jest najwyższej jakości. Mam w domu kilka podręczników z lat '60, '70 i '80 (co prawda do innych przedmiotów niż informatyka) i muszę przyznać, że widać dużą różnicę w tym jak wyglądały podręczniki kiedyś, a jak wyglądają teraz. Jedna książka do fizyki wielkości zeszytu B5 i grubości ok. 4 cm. myślę, że spokojnie wystarczała na 3-4 lata technikum, teraz trudno się obyć bez corocznego wypadu do księgarni po nową książkę, która starcza na rok, a i tak jest bardzo uboga w treść. Coś poszło w zdecydowanie złym kierunku.